Gazety anonsują, rozpoczęcie procesu sądowego, ikony walki z PiS-em, Mirosława G. Nie ma potrzeby zajmować się wizerunkiem socjologicznym szpitalnego rzeźnika. Tacy jak on istnieją w tym zawodzie, od czasu szamanów w jaskiniach. Ważniejsza w tej sprawie będzie zawodowa solidarność innych lekarzy, nie pozwalająca na uczciwą ocenę błędów, jakie popełnił dr.G. Czy tak jak dotychczas, ekspertyzy medyków, nie znajdą winy w błędach jego lekarskiej praktyki i zostanie on uwolniony od zarzutów w części medycznej aktu oskarżenia? Że nie pierwszy to przypadek „błędu lekarskiego” w historii, niech posłuży dość odległy przykład. 75 lat temu, jesienią 1933 roku do lecznicy w Debreczynie, zgłosiła się Piroszka Foeldessy. Poprosiła znanych i uznanych w tym węgierskim mieście ginekologów o pomoc. Bała się, że zaszła w ciążę. Lekarze Marossy, Moszkowicz, Tukacs i Bacs przez sześć dni tak leczyli 19-letnią Piroszkę, że im po ostatniej operacji wykrwawiła się i zmarła na stole. Wówczas sprowadzili jej siostrę i oświadczyli, że siostra źle się poczuła po zastrzyku i należy zabrać ją do domu. Gdy siostra Piroszki się zgodziła, lekarze szybko wrócili po zwłoki i wsadzili do samochodu siostry. Po przyjeździe pod dom, w którym mieszkała, siostra chcąc pomóc chorej wysiąść z auta, zorientowała się, że wiozła zwłoki. Zaczęła krzyczeć i odmówiła przyjęcia zwłok do domu. Sprawa trafiła na policję, której dochodzenie przyniosło szokujące wyniki. Śledztwo ustaliło: -dziewczyna nigdy nie była w ciąży. Tak kolosalny błąd w sztuce lekarskiej, mógł się przydarzyć tylko pijanym, lub będącym pod wpływem narkotyków ludziom. Jej powłoki brzuszne były poprzebijane, brakowało dużej części macicy. Ciało nosiło znamiona sześciodniowych zabiegów operacyjnych dyletantów-.
To ustaliła węgierska policja w Debreczynie. Dziś takiej w Polsce nie znajdziesz. Czy może w procesie Mirosława G. szacunek dla zawodu medyka, pozwoli na złamanie swoistej omerty w ocenie kolegów lekarzy? To ostatnie to taki żart.
piątek, 28 listopada 2008
Co ma Hollstein do Chochlewa
Kolejny raz w obcym języku, nazwano hitlerowski obóz koncentracyjny -polskim. Konkretnie po niemiecku. Od kilku, może kilkunastu lat trwa „denazyfikacja” historii Niemiec. Działania potężnego lobby niemieckiego w Ameryce i Europie zachodniej, ogłupiają czytelników amerykańskich i kanadyjskich, także włoskich czy szwedzkich gazet, obdarzając ich w artykułach kłamstwem, o współwinie Polaków w niemieckich zbrodniach pierwszej połowy XX w. Dla ujęcia choćby trochę ciężaru tych zbrodni z niemieckich barków, stworzono nad Renem dwutorowy plan redefinicji tych dziejów. Po pierwsze, wszystkimi zbrodniami należy się dzielić z innymi. Z nieNiemcami. Stąd mocny przekaz medialny z imprez organizowanych przez estońskich, łotewskich, litewskich czy ukraińskich SS-manów, czy współpracujących z nimi mołojcami OUN-UPA. Na takich imprezach, wspólnie maszerują weterani II Wojny Światowej z obu stron tamtego frontu. Toż to cud. Dokonuje się jednak jedynie tam, gdzie wpływy niemieckie w mediach są nie do przecenienia. Jak nie bezpośrednio, to poprzez anonimowe koncerny medialne. Na wschód od Odry, jedynie Polakom nie da się dokleić hakenkreuza do historii. Z obu jej stron. Nie tylko walki z nim ale i współpracy. Tej ostatniej nie było. Więc ustalono, że dziennikarze będą się mylić w opisach np. obozów koncentracyjnych na terenie okupowanej Polski. Poszły w świat instrukcje (bo wtedy jeszcze nie było SMS-ów). Co i rusz dziennikarze różnych gazet, bez względu na ich profil polityczny, pisali o polskich narzędziach nazistowskich zbrodni. Głównie dwóch. Obozach koncentracyjnych i zagłady, oraz Polakach, dzięki którym hitlerowcy mogli dokonywać zagłady Żydów. Denuncjatorach i szmalcownikach. Przez lata, Polska wciąż prostowała i protestowała przeciwko używaniu nazwy „polski obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka”. Dopiero w 2007 roku UNESCO zmieniło i sprecyzowało jego oficjalną nazwę- "Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady (1940-1945)". Wydawało się, że oszczerstwa w prasie znikną. Nie stało się tak. Z prostej przyczyny. III Rzeczpospolita, z jej ministrami i wiceministrami Spraw Zagranicznych, nigdy nie usiłowała pociągnąć do odpowiedzialności, wydawców tych gazet. Odpowiedzialności finansowej. Bo możliwości finansowe kreatorów tej polityki denazyfikacyjnej Niemiec, też są ograniczone. Ogromne, ale ograniczone. Warto pamiętać tych ministrów, gdy po latach czyta się ich listy otwarte, pouczające, jak należy naszą politykę zagraniczną prowadzić. W końcu (najczęściej) gaże, otrzymuje się za efekty swojej pracy. Czasami są to tantiemy. W efekcie pani Miriam Hollstein kilka dni temu publikuje tekst, w którym przemyca fałsz o Majdanku. Tym razem wygląda na to, że popełniono w redakcji błąd. Dziennik drukując artykuł i „wieszając” go na swej stronie internetowej, mocno zaszkodził dzisiejszej, niemieckiej racji stanu. Jakby mu polscy eurosceptycy zapłacili. Niemałe pieniądze. Byka strzeliła autorka, korektor, wreszcie wydawca. Tekst jest zupełnie o czymś innym i jego związek z lubelskim obozem minimalny. Ten fakt mówi również o tym, że instrukcja pisania o „polskich obozach”, zaleca wstawianie tych wyrazów wszędzie. Nawet tam, gdzie nie ma żadnego związku z tematem. Lecz nie dziś. Dziś instrukcja jest zawieszona, aż do przyjęcia Traktatu Lizbońskiego przez Polskę. Stąd reakcja, jakże inna od poprzednich, redakcji. Naczelny „Die Welt” kaja się. Autorka przeprasza za swoją niewiedzę. Gazeta w sieci prostuje, przeprasza i obiecuje. Niektóre komentarze w reakcjach na artykuł, zwracają uwagę na pochodzenie autorki. Jako Żydówka powinna zachować więcej obiektywizmu i nie brać udziału w tej niemieckiej, propagandowej hucpie z nazwami-uważają autorzy. Jest to błędne myślenie. Miriam Hollstein to Niemka pochodzenia żydowskiego, urodzona grubo po wojnie. Jak zauważa wielu polityków i publicystów niemieckich, dla młodego pokolenia Niemców, historia Trzeciej Rzeszy jest już tak odległa jak wyprawy krzyżowe. Krzywdy, jakich doznał jej naród w latach 1933-1945, znaczą dla niej dużo mniej niż dla pokolenia jej dziadków i rodziców. Na tyle mniej, by czuć obowiązek działania w interesie jej ojczyzny. Jednej z dwóch. Nawet w nieuczciwej sprawie. Nie tylko tu, te związki są tak mocne. Drugim torem redefiniowania historii Niemiec jest zmiana wizerunku społeczeństwa nazistowskiej, tysiącletniej III Rzeszy. Powstają publikacje, z których później tworzy się scenariusze i kręci filmy o hitlerowcach ratujących Żydów, ruch oporu w Trzeciej Rzeszy i rycerskich jej żołnierzach. Do tego tworzy się filmy uczłowieczające zbrodniarzy, włącznie z Hitlerem, ale nie tylko. Pomniejszające ich zbrodnie przez ośmieszanie sprawcy. Jeszcze groźniejsze są działania realizowane za granicą. Pojawiają się filmy, wsparte ogromną promocją we wszystkich mediach na całym świecie, tworzone przez wielkich reżyserów Żydów. Narodowość ich jest konieczna dla wywarcia wrażenia, że Żydzi już nie mają pretensji do Niemców, a jeśli mają, to nie tylko do nich. Jeszcze bardziej szokujące są projekty artystyczne realizowane, np. w Rosji („Hitler kaput”), niestety w Polsce też. Kręcenie filmu o Westerplatte za pieniądze również niemieckie, obiecuje już dziś dużą dawkę wściekłości polskiego kinomana. Bo on też finansuje film o „prawdzie września 1939 na polskim wybrzeżu”. Z pieniędzy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Gołym okiem po scenariuszu widać, że jego dystrybucja będzie skierowana za Atlantyk i na zachód od Odry. Ma dać oręż do ręki tym, co wiedzą, że za Odrą biegają białe niedźwiedzie a tubylcy piją i wciąż wywołują szkodliwe dla świata awantury. Siłę tego niemieckiego lobby pokazuje fakt, że od filmu realizowanego przez Chochlewa, nawet rząd Platformy początkowo się odciął. Siły mu starczyło na krótki czas. Po kilku korektach w scenariuszu, film wszedł do produkcji. Co w nim pokaże reżyser, w ramach inwencji twórczej na planie? Bójmy się. Potem usłyszymy argumenty. O co chodzi? Przecież to wasz obraz. Waszego reżysera i za wasze pieniądze.
poniedziałek, 24 listopada 2008
Wojna na górze...w przedpokoju.
Oto news na pierwsze strony. Schetyna versus Tusk. Na noże. Bulgocząca nienawiścią żądza krwi. Obecny premier ze swoim vice. Może odwrotnie. Vice ze swoim premierem. Premier z Prezydentem po najbliższych wyborach w 2010 roku. W tle symboliczna Doda i Jola. Soczysty widok. Jeszcze zamyślona fizys "Sołtysa" i Palikot z wibratorem. Czyim? Chyba nie jego? Może Julii? Że w Gruzji się strzela i zabija. Że dopiero, kiedy strzela się w obecności głowy jednego z państw UE, z widoczną niechęcią politycy a za nimi dziennikarze, zauważają, że tam nadal trwa okupacja rosyjska, części Gruzji. Chwilę później dziennikarze wracają do dramatycznej sytuacji w egzekutywie Platformy Obywatelskiej. Jakby nie zauważając, że jest to tylko bój o dostęp do klamki. W przedpokoju. 93abdc6407ed2ff08622f686ff19159e
"zum Schutz von Volk und Staat", in Polen `08
Ruszyło drugie natarcie na polską scenę mediów. Elektronicznych przede wszystkim. Strategia dokładnie opisana w SMSie na ekranie super telefonu kaszuba. W sobotę ogłosił to „Sołtys”. „Finezyjny” plan „błyskotliwych" autorów, niczym Königstiger, ruszył na…? Właśnie, na co? Jeśli wszędzie czytam i słyszę o mediach publicznych, TVP i PR, że to one są celem dokończenia konkwisty mediów RP, to dziwię się, że nikt nie ma odwagi ujawnić prawdziwego celu tej operacji. Po co zdobywać coś, czym się już w zasadzie zarządza. Jaka jest sytuacja w telewizji publicznej Urbańskiego? Prezes chwali się, że finansowo -niezagrożona. Nawet bez wpływów z abonamentu. Urbański to geszefciarz. W interesach, wejdzie w spółkę z każdym. Jeśli się opłaci. Niekoniecznie TVP SA. Jest nie do uwierzenia, że nie widzi zagrożeń płynących z uzależnienia się od reklamodawców. Gdy przyjdzie właściwy moment, ci, co sypią groszem za emitowanie w TVP 1, TVP 2 swoich reklam, znikną. Źródełko dochodów zniknie. Pojawi się za to kilka procesów o złamanie zasad zakontraktowanych z reklamodawcami, dotyczących np. czasu czy częstotliwości emisji ich spotów. Pojawią się zarzuty przekraczania czasów prezentowania tych reklam, dzielonych częściami jednego programu telewizyjnego. Itd, itp. Suma kar finansowych, grożących za te przestępstwa, spokojnie przekroczy majątek spółki. Z nieruchomościami i archiwami włącznie. Na sądy Urbański niech nie liczy. Ani tu, ani za granicą. Nie będzie Dawidem. Nie znajdzie procy. To, co dziś stanowi, że umowy są zupełnie bezpieczne i skrupulatnie wypełniane, jutro okaże się złą interpretacją przepisów kodeksu cywilnego, handlowego. Oczywiście, na razie dba się tylko o to, żeby publiczne media nie musiały bezwzględnie oglądać się na wpływy z abonamentu. Likwidując ten ostatni. Na razie po cichu, później, ustawowo. W mediach drukowanych, na naszych oczach pada złudzenie o niezależności „Rzeczpospolitej”. Rośnie liczba tekstów TW„Salonu”, metamorfozę przechodzą starzy ” rzepiarze” (Gabryel). Bo zmienia się struktura właścicieli dziennika. Lepiej. Tworzy się pozory sporów, debaty i walki między redaktorami czasopism, którzy swoją prawdziwą twarz, raczej jej brak, udowodnili jesienią 2007 roku. W kampanii wyborczej. Na przykład teatr, w którym obok dość nijakiego polityka, główną rolę odegrał dziennikarz, który jakby uprzedzając ataki na mizerną jakość swojego warsztatu zawodowego, głośno krzyczy w okresie debiutu w telewizji-jestem Żydem. Ma to znaczyć-żaden goj krytykować mnie nie może, bo to działanie będzie antysemickim. Rzeczywiście, nikt się go nie czepia, relatywnie do tandety, jaką karmi swoich widzów. Jeśli naprawdę jest Żydem, to oni się nim za bardzo nie szczycą. Jakby go nie widzieli. Dziś wespół ze swoim kolegą ma udowadniać tezę, że nawet bez „Rzeczpospolitej”, na rynku jest pluralizm poglądów politycznych. Jeśli więc tak jest mediach drukowanych i w eterze, to kogo dotyczy ofensywa obwieszczona przez „Sołtysa”? Wciąż chodzi o wyeliminowanie podstawowego błędu w planach konkwisty, popełnionego przy ich opracowywaniu już w latach tzw. „późnego Gorbaczowa”. Nikt z Propaganda Abteilung/ost nie wziął pod uwagę możliwości powstania mediów katolickich w Polsce, ich siły i znaczenia na mapie politycznej RP. To są te dywizje, o które pytał Josif Wissarionowicz. To nie tylko radio, gazeta i telewizja Redemptorystów. Jest jeszcze sieć lokalnych rozgłośni katolickich. Tego urzędnicy żyjący w środowiskach, co najwyżej protestanckich, nie przewidzieli. W tym celu rozpoczyna się kolejny bój o media. Za wszelką cenę zlikwidować te katolickie w Polsce. Przecież nie chodzi o stację religijną TVN. Ona wg PA/o, ma zastąpić tubylcom likwidowane ośrodki o. Tadeusza Rydzyka. To się nazywa brak wyobraźni! Ciekawe tylko, w jakim kierunku padną pierwsze strzały. W formę czy w treść. Odebranie koncesji za niewywiązywanie się z warunków nadawcy społecznego (robota dla intrygantów), czy za treści audycji (antysemickie). Pewnie w obu, ale później. Bo dopóki istnieje choćby namiastka sporu o kształt Polski w mediach, to przetrwa ona, jako podmiot. Nie, jako tylko część Zjednoczonej Europy z gromadą autochtonów.
piątek, 21 listopada 2008
2145 ostrzeżenie
Wczoraj kaszub podsumowywał rok urzędowania w fotelu pierwszego w RM Rzeczypospolitej. Standartowo wionął miłością, wyłamywał palce. Niestety nie mógł kręcić mikrofonami. Są zamocowane na stałe. Ale ta miłość z jego ust, brzmiała jakby oschlej od tej spływającej poprzednio. Chyba był smutny. Czyżby temperatura peanów na łamach, zighajli z głośników radiowych i telewizyjnych, nie była już taka, jakiej oczekiwał i od trzech lat upajał się nią? Już nie parzyła. Niby nadal gorąca, ale nie jak wtedy. Skąd ta okrutna niewdzięczność? Czy przeszkadza im w rządzeniu? Czy blokuje ustawy ułatwiające dostęp do publicznej kasy? Czy tworzy jakąś swoją, prowincjonalną, polską politykę zagraniczną? Zagląda do rękawów nieswoim ministrom? Czasami, ot tak z ciekawości zapyta któregoś z nich- o co biega? Ale przecież nie upiera się by mu odpowiadali. To, co odbiera na swoją specjalną kosmiczną komórkę, rzetelnie wykonuje. I co? Oto nagroda. Tylko połowa Polaków go lubi. Zgodnie z umową miało ich być dużo więcej. Komuś klawisze się pomyliły? Już teraz „Lord” przed nim? Nie za wcześnie? Czyżby tyle udanych projektów w ostatnich trzech, co tam, sześciu latach i wszystko ma upaść? Nie będzie tronu? Że próg za wysoki? Czy nie widzą jego determinacji w europeizacji Polski? Dziś mu i jego palatynowi, nikt nie przeszkodzi w likwidacji publicznej ochrony zdrowia(te kliniki, te działki!), w zasileniu Skarbu Państwa odebranymi starym ludziom emeryturami(przecież muszą być środki na realizację przedsięwzięć publiczno-prywatnych), w częściowej likwidacji Wojska Polskiego. Jak podniesie się ranga Policji. Zwłaszcza tajnej. Z tymi emeryturami to był dobry pomysł. Prawie jak Kaczora. Primo- każda postawa Prezydenta zredukuje jego elektorat. Secundo- powiększy się, lub zacznie na nowo budować mur, między policjantami a pozostałymi grupami społeczeństwa. Policjanci widząc znów po wielu latach niechęć, czy nawet nienawiść w oczach ludzi na swój widok, łatwiej wypełnią rozkazy. Te, wydane przez przywróconych niedawno do służby, dawnych fachowców z Milicji i SB. Wesprą ich działania autorytety międzynarodowe: TW „Bolek” i Bartoszewski. „Z warchołami i bydłem inaczej się nie da”. Czy to nie może być pierwszy krok do starcia z mapy, kolejny raz „bękarta”. Dziś nie wersalskiego. Jałtańskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)