czwartek, 25 grudnia 2008
Nowości z szafy w kinie NET.
Wszyscy i zawsze, wierzymy, że żyjemy w czasach niezwykłych i wyjątkowych. Takie są one dla nas. Po latach, inni nie dostrzegą w nich ani jednego, ani drugiego. Najczęściej. Bywają lata, które pozostają dla wszystkich niezwykłe. Dla tych dziś i dla tych jutro. Na wiek XX patrzymy już z pewnej perspektywy. Co uznane będzie, jako charakterystyczne dla niego, za sto lat? Które lata? 1917, 1933, 1945, 1969, 1978? Powstanie totalitaryzmów (rosyjskiego i niemieckiego)? Pierwszy atak bronią jądrową? Pierwszy człowiek na Księżycu, czy pierwszy Polak następcą św. Piotra? Trzy pierwsze, to historie zła na Ziemi. Ich owocami były setki tysięcy i miliony ludzkich ofiar. Dwie następne dowodzą, że mimo tych pierwszych, „człowiek to brzmi dumnie”, by zacytować Gorkiego. Komunizm w wydaniu sowieckim, raczej się nie powtórzy. Bomb jądrowych jest aż nadto. Eksplodować mogą w każdej chwili. Jak ta strzelba wisząca na ścianie. Po to są. Jednocześnie rośnie na świecie liczba desperatów. Zabezpieczenia? Człowiek stworzył i człowiek je obejść potrafi. Ostatnia data-1933. Rok zapalenia lontu wielkiej bomby niemieckiego szowinizmu i rasizmu. Jak do tego doszło? W 1932 roku, wszyscy przecież już znali Hitlera i jego przewodnią ideę. Nienawiść do Żydów. W Republice Weimarskiej, właścicielami lwiej części prasy byli Żydzi. Byli oni również naczelnymi i wydawcami. Drukowali szpalty swoich gazet w swoich drukarniach. Radio wówczas jeszcze raczkowało. Opinię publiczną zdobywano gazetami, afiszami i ulotkami. Do tego potrzeba drukarni. Oni je mieli. Jeśli wiedeńska „Neue Zeitung” z dnia 20.12.1933. podaje, że w Wiedniu 90% dziennikarzy stanowią Żydzi, to przed przejęciem władzy w Niemczech przez NSDAP, Berlin miał podobną strukturę. Co takiego się stało, że Niemcy w styczniowych wyborach wybrali partię Hitlera. Właściwie, to oni go nie wybrali. Oni odrzucili całą resztę. Tych narzucanych im, przez właśnie te powyżej, czasopisma. W tym czasie szalał kryzys gospodarczy, bezrobocie doszło do 6.000.000 osób. Nic nie dawały kolejne wybory i kolejne rządy. Po trzech kolejnych kanclerzach w 1932 roku, Niemcy mieli dość ich bezsilności i politycznych gier zgranych środowisk. Przyjęli diagnozę rasistów z NSDAP o winie za kryzys w Republice i ich deklaracje wyborcze. Diagnoza ta wskazywała na polityków i wysokich urzędników państwowych pochodzenia żydowskiego, ulokowanych w szeregach niemieckich partii. Komunistów, socjaldemokratów czy demokratów. Za upokarzający Niemcy Traktat Wersalski, Hitler również obwiniał polityków pochodzenia żydowskiego. W rosnącym kryzysie gospodarczym, wyborcy uwierzyli, że gdy mamy zdefiniowane przyczyny, to może wreszcie zwalczymy skutki. 30 stycznia 1933 roku Hindenburg desygnował Hitlera na Kanclerza Niemiec. Pięć tygodni później, po ostatnich wyborach w Republice Weimarskiej, NSDAP, z 44 % poparciem i intrygą, usuwającą jednego przeciwnika(komunistów) z Reichstagu, zdobyła w nim absolutną większość. Hitler, jako kanclerz, zaczął spełniać obietnice. Przynajmniej jedną. Likwidacja Żydów w nowej, „tysiącletniej”, III Rzeszy Niemieckiej. Najpierw ograniczając osobom pochodzenia żydowskiego prawa obywatelskie, potem ludzkie, na końcu bezwzględnie ich mordując. Czy którykolwiek Niemiec w 1933 roku mógł przypuszczać, że będzie, co najmniej biernym, uczestnikiem zbrodni ludobójstwa? Że nawet propagandowe kampanie Göbbelsa po pożarze Reichstagu, po Kryształowej Nocy zdeformują niemieckie sumienia do tego stopnia, że dzieło ludobójstwa się dopełni. Po ustawach o ochronie rasy, o czystości krwi, o zakazach wykonywania wielu zawodów przez Żydów. Aż wreszcie po zakazie emigracji w październiku 1941 i konferencji w Wannsee w styczniu `42, hitlerowcy zbudowali obozy zagłady. Przystąpili do rozwiązywania „Judenfrage”. Egzekutorami byli często ci, którzy z tym samym efektem, rozwiązywali ten problem na froncie wschodnim już od czerwca 1941 roku. Mordercy z Einsatzgruppen. Wystarczyło im osiem lat wpajania nienawiści do Żydów, obarczenia ich winą za całe zło Świata. Dlaczego dziś trzeba o tych latach przypomnieć? Podobno „wszystko już było”. To znaczy, że wszystko się powtarza. Co dziś na Ziemi powtarzamy? W które koleiny wjeżdżamy? Stoimy w progu kryzysu gospodarczego. Kryzysu, który potrwa minimum 5-6 lat. Kryzysu firmowanego, na razie, przez dwa nazwiska. Lehman i Greenspan. Bankructwo banku „Lehman Brothers” to koniec tworzenia wirtualnych pieniędzy i pobierania od operacji na nich procentów w dolarach. Wcale nie wirtualnych. Jakoś nigdzie nie znalazłem kwot, jakie na tych operacjach zarabiali właściciele banku. Wiemy za to, ile stracą Amerykanie, gdy ich rząd wpompuje publiczne pieniądze w ratowanie prywatnych banków. Przyznania się Greenspana do odpowiedzialności za ten nadchodzący kryzys. W poczuciu pełnej bezkarności. Jednocześnie w sieci są znamiona, że jest ona kontrolowana. Trudno znaleźć informacje o ostatnio podpalonej we Francji synagodze (wyszukiwarka wyrzuca stare ramoty), jednocześnie pojawił się „Der Ewige Jude”. Sztandarowe dzieło anty-żydowskiej propagandy III Rzeszy. Wśród kilku, wymienionych w filmie, najpotężniejszych Żydów tamtego okresu, jest również Henry Lehman. Syn Meyera, współzałożyciela banku „Lehman Brothers”. Tego samego, który dziś po bankructwie zostawił dług 600-700 mld dolarów (siedem tygodni pracy wszystkich amerykańskich pracowników, zarabiających średnio ok. 600 USD/tygodniowo). Są jeszcze dziś Rosjanie z listy magazynu „Forbes”, z miliardami USD na koncie. Goje wśród nich, to mniejszość. Większość z podwójnym obywatelstwem. Niemcy piszący na nowo swoją historię XX wieku. Historię, z narodem niemieckim, jako ofiarą III Rzeszy. Plaga bezczeszczenia żydowskich cmentarzy i świątyń w zachodniej Europie. Wtedy, w latach trzydziestych, też nie do uwierzenia był pogląd, że ci mocarni Żydzi, staną się największymi ofiarami następnych piętnastu lat. Dziś widzimy ich jeszcze mocniejszych. Ale w Stanach Zjednoczonych nienawiść do nich rośnie. Nie tyle w mega metropoliach NY czy LA. We wszystkich stanach USA. Jak osiągnie masę krytyczną, może nas czekać kolejne deja vu. Przy Świecie w kształcie globalnej, małej wioski, nie będzie gdzie emigrować, ratując życie. Czy XXI wiek, to dla przyszłych pokoleń będzie wiekiem drugiej zagłady Żydów? Czy ziemia Europy i Ameryki jałowieje, gdy nie poleje się na nią ludzka krew?
sobota, 20 grudnia 2008
Ach te darmozjady?
Zbliżają się święta. Kończy się rok. Trzeba jeszcze poprawić statystyki. Przekonać swoich Stackelbergów, że nie wyrzucają swoich Euro w błoto. Kończyć rok z sukcesem. Nie wszystko się udało. Co z tego, że pieniądze odebrane ludziom starym, można będzie przejąć w ramach inwestycji publiczno- prawnych. Uruchomić środki unijne. To przecież grosze. Pierwszy kryzysowy rok 2009, potrzebuje w państwowej szkatule znacznie więcej. Właśnie co uchwalony budżet, już dziś jest papierem toaletowym. Przychody z podatków pośrednich i bezpośrednich będą dużo mniejsze. Tych, których dochody pozostaną na takim samym poziomie, będzie mniej. Oni też ograniczą zakupy. Odebrane emerytury kilku tysiącom starych ludzi w przyszłym roku, jak i przyznanie znacznie niższych tym, co na nowe „pomostówki” się zakwalifikowali spowoduje, że bez wsparcia rodzin, nie zwiążą oni końca z końcem. Te rodziny już nie będą szastać pieniędzmi w sklepach. Popyt spadnie, producenci padną. To nie na ten czas ustawa. Jeszcze te niesamowite kłamstwa recytowane z pamięci przez ubezwłasnowolniony aktyw PO. „Ratujemy emerytury 250.000 ludzi”. W 2009 roku mogło na wcześniejsze emerytury przejść ok. 6-8.000 pracowników. Mogli kosztować 1,5 -2 mld zł w 2009r., Jeśli ustawa nie zostanie zmieniona, każdy pracodawca będzie miał obowiązek do tego nie dopuścić.( Jeśli ktoś odejdzie z jego zakładu pracy na wcześniejszą emeryturę, zakład będzie ponosił częściowo jej koszt.) Będzie musiał za pomocą dzisiejszych przepisów, nie dopuścić do spełnienia przez pracownika wszystkich warunków, uzyskania prawa do wcześniejszej emerytury. Zrobi to, dbając o interes firmy. Dobrze jeszcze, jeżeli pracownika nie wyrzuci. -„Każdy pracujący Polak płaci na tzw. wczesnych emerytów 2.500 zł rocznie”. To ile musi płacić na normalnych? Według GUS, emerytów mamy ponad 9 mln. Powoli pracującym rodakom stają włosy na głowie. To ile płacimy na pozostałych? Lewiatan, za nim Tuskoidy głoszą, -„Młodzi emeryci "przejadają" rocznie 28 mld zł, ponieważ tyle kosztują wczesne emerytury i zasiłki przedemerytalne, wynika z wyliczeń Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan zaprezentowanych podczas konferencji pt. "Jaka jest prawda o emeryturach pomostowych"-. Jeśli milion tych emerytów kosztuje Skarb Państwa aż tyle, to znaczy, że pozostałe 8 mln, co najmniej 240 mld. Razem 270 mld zł. Tyle ile wynosi budżet na 2009 r. Wychodzi, że przy pracujących ok. 20 mln Polaków, każdy z nas na emerytów płaci rocznie 13, 5 tys zł. Jeśli wiadomo, że pomostówki są niższe od tych normalnych, śmiało dajmy 15 tys. Tyle ze średniej pensji ok. 30 tys zł. Połowa. Nie ma potrzeby tonąć dalej w tych prostackich kłamstwach. Dlaczego wywołuje się dziś wrażenie, że winę za nasze ubóstwo ponosi wcześniejszy emeryt. Właściwie wszyscy emeryci? Padają groźby. Za dwadzieścia-trzydzieści lat, każdy pracujący Polak będzie musiał utrzymać, nawet trzech emerytów. Wniosek-ci ludzie za długo żyją. Rzeczywiste rozwiązanie jawi się tylko jedno. Trzeba będzie ich zabijać. Tych, co za długo wyłudzają od nas swoje renty i emerytury. Klucz, których najpierw, opracuje MSWiA. Absurd? Jeśli widzi się ławy rządowe, po ważnych głosowaniach, gdy ci z pierwszych rzędów gwałtownie łapią za telefony i raportują? Komu? Przecież najważniejsi Polacy byli obok. To kto, lub co, zmusi samodzielnego urzędnika państwowego do tak pośpiesznych reakcji tuż po wyświetleniu się wyników głosowania w Sejmie, jeśli nie płaco -dawca. Który nie musi na bieżąco obserwować jakiegoś parlamentu w swoich zagranicznych terytoriach. W koloniach liczyli się tylko zdrowi i młodzi mężczyźni i reproduktorki tych mężczyzn. Starych wysyłało się w dżunglę lub w morze. Jażeli dziś młodzi Polacy, choć w część tych bzdur uwierzą, sami rozpoczną debatę o eutanazji. Absurd? W 1933 roku, Hitler wciąż nawoływał do walki o pokój. A jego sąsiedzi za przykładem Niemiec, również zbudowali swoje pierwsze obozy koncentracyjne. To co się później stało, z tamtej perspektywy, wydawało się jeszcze bardziej absurdalne. Nawet się nie wydawało. Nikt takiej abstrakcji, wyobrazić sobie nie mógł.
czwartek, 18 grudnia 2008
...krwawy kończy się trud.
Kilkudniowy maraton z imponującym finałem. Teatr istny. Żaden tam Stratford. Ot, burleska Mac Sennetta. Od pierwszej do ostatniej sceny, wiadomo było, co się stanie. Cel przedstawienia, to wcale nie konieczność zreformowania obecnego systemu emerytalnego. Bo i po co zadzierać z tymi, którzy chodzą najliczniej głosować? Niemieckie un-think tanki, za pomocą D.Castro i PO, przeprowadziły operację, zadania kolejnego ciosu swojemu największemu wrogowi. Ostatniej przeszkodzie w przejęciu pełnej władzy w dawnej Generalgouvernement. Z przyległościami. Strona polska, sztab prezydencki, podjął wyzwanie.
Introdukcja. Wyciągnięcie z sejmowego archiwum jednego z najmniej udanych projektów pisowskich z poprzedniej kadencji. Zdecydowanie bardziej liberalnego, niż wiele innych, platformerskich. Idealny dla podważenia wrażliwości społecznej PiSu i Kaczyńskich. Może on był jeszcze w fazie konsultacji, ale po ich zakończeniu by przeszedł. Komisja Trójstronna, uwzględniając kilka kosmetycznych zmian zaproponowanych przez podzielone związki zawodowe, wysłałaby go do Sejmu, Sejm do Senatu. Tu trochę poprawek gramatycznych. Prezydencki podpis. Dlatego do dziś, PiS z Prezydentem kontestują tą obecną, rządową wersję ustawy, ze śmiesznego powodu, cezury roku 1999. Nie za to, że łamie ona podstawową zasadę współżycia społecznego na całym świecie. -Nie łamie się umów zawartych, gdy jedna strona umowy, swoje zobowiązanie wypełniła-. Jeśli tak, to zasługuje się na miano oszusta. Z oszustami się nie przestaje. Na pewno się ich nie wybiera. Czasami nawet się ich karze.
Akt pierwszy. Wyciągnięty projekt razem z nieco omszałą Chłoń-Domińczak , dopracowano. Krętactwami, pozbawiono nabytych praw do wcześniejszej emerytury, wszystkich. Zadbał o to tow. TW „Znak”. Niemieckim sposobem, jeszcze przedguderianowskim, zastosowano szybkość walca w konsultacjach ze stroną społeczną. Ze związkami zawodowymi. Podczas kilkudziesięciu monologów w Komisji Trójstronnej, pozwolono związkowcom wysłuchać, co ma rząd do powiedzenia. Poziom reprezentantów strony rządowej, niejako usprawiedliwia ich brak rozumienia, że dialog, to jednak nie to samo, co monolog.
Akt drugi. Błyskawiczna droga projektu przez Parlament. Żadnych ustępstw, sporów. Gniot, jaki wszedł na Wiejską, taki z niej wyszedł do Prezydenta. Spory z nauczycielami, zakończone obiecankami. Lekceważenie kolejarzy i ich protestów (a za pasem wojaże świąteczne). Tykanie zegara odmierzającego czas do prezydenckiego veta. Jeszcze w ostatniej chwili popis OBOPu. Nawet w samej Platformie Obywatelskiej (bez posłów), nie znalazło by się dzisiaj tylu jej zwolenników, co w tym sondażu.
Akt czwarty. Konsultacje szefów wszystkich związkowców w Pałacu Namiestnikowskim. Wieczorem veto.
Epilog. Rzeka impertynencji z ust platformersów. Prymitywnych kłamstw i standardowego już chamstwa w wykonaniu klownów-halabardników. Handlowe negocjacje z postkomunistami. Tylko, że dla tych ostatnich, jest to ostatnia szansa, żeby odwrócić proces swej degradacji. Muszą wybierać. Albo zagwarantują sobie pieniądze na przyszłe kampanie wyborcze i łagodność mediów, albo dokończą rugów starych pezetpeerowskich liberałów, niemających nic wspólnego z lewicą, prócz obłudnej retoryki. Wpuszczą w ich miejsce młodych. Odbudują elektorat. Bo dziś lewicy w Parlamencie nie ma. Poza Parlamentem, jest dużo wyborców do pozyskania. Do odzyskania. Właśnie teraz ich liczba będzie rosła. W kryzysowych czasach. Stara gwardia ze swoim beniaminkiem wie, że to ich ostatnie momenty. Zgodzi się na wszystko, czego zażąda PO. Za wysoką cenę. Wymierną. Państwowych synekur. Z wysokimi odprawami w kontraktach. Nawet kosztem utopienia własnego dziecka-SLD. Z całą resztą towarzyszy. Być może wierzących dotąd, że są socjalistami. Po wsparciu anty-pracowniczej ustawy, kończyć się będzie też OPZZ. W końcu współtwórcy „lewicy sejmowej”. Z Millerem, Siwcem, Oleksym, Kwaśniewskim. A przecież tę czysto polityczną ustawę, można już wkrótce nowelizować. Przywrócić szacunek dla prawa. W kampaniach przedwyborczych. Wkrótce ich będzie kilka. Tych oszukanych już przy urnach nie będzie. Na żadną listę swojego głosu już nie dadzą. Na wszystkie zawarczą.
Introdukcja. Wyciągnięcie z sejmowego archiwum jednego z najmniej udanych projektów pisowskich z poprzedniej kadencji. Zdecydowanie bardziej liberalnego, niż wiele innych, platformerskich. Idealny dla podważenia wrażliwości społecznej PiSu i Kaczyńskich. Może on był jeszcze w fazie konsultacji, ale po ich zakończeniu by przeszedł. Komisja Trójstronna, uwzględniając kilka kosmetycznych zmian zaproponowanych przez podzielone związki zawodowe, wysłałaby go do Sejmu, Sejm do Senatu. Tu trochę poprawek gramatycznych. Prezydencki podpis. Dlatego do dziś, PiS z Prezydentem kontestują tą obecną, rządową wersję ustawy, ze śmiesznego powodu, cezury roku 1999. Nie za to, że łamie ona podstawową zasadę współżycia społecznego na całym świecie. -Nie łamie się umów zawartych, gdy jedna strona umowy, swoje zobowiązanie wypełniła-. Jeśli tak, to zasługuje się na miano oszusta. Z oszustami się nie przestaje. Na pewno się ich nie wybiera. Czasami nawet się ich karze.
Akt pierwszy. Wyciągnięty projekt razem z nieco omszałą Chłoń-Domińczak , dopracowano. Krętactwami, pozbawiono nabytych praw do wcześniejszej emerytury, wszystkich. Zadbał o to tow. TW „Znak”. Niemieckim sposobem, jeszcze przedguderianowskim, zastosowano szybkość walca w konsultacjach ze stroną społeczną. Ze związkami zawodowymi. Podczas kilkudziesięciu monologów w Komisji Trójstronnej, pozwolono związkowcom wysłuchać, co ma rząd do powiedzenia. Poziom reprezentantów strony rządowej, niejako usprawiedliwia ich brak rozumienia, że dialog, to jednak nie to samo, co monolog.
Akt drugi. Błyskawiczna droga projektu przez Parlament. Żadnych ustępstw, sporów. Gniot, jaki wszedł na Wiejską, taki z niej wyszedł do Prezydenta. Spory z nauczycielami, zakończone obiecankami. Lekceważenie kolejarzy i ich protestów (a za pasem wojaże świąteczne). Tykanie zegara odmierzającego czas do prezydenckiego veta. Jeszcze w ostatniej chwili popis OBOPu. Nawet w samej Platformie Obywatelskiej (bez posłów), nie znalazło by się dzisiaj tylu jej zwolenników, co w tym sondażu.
Akt czwarty. Konsultacje szefów wszystkich związkowców w Pałacu Namiestnikowskim. Wieczorem veto.
Epilog. Rzeka impertynencji z ust platformersów. Prymitywnych kłamstw i standardowego już chamstwa w wykonaniu klownów-halabardników. Handlowe negocjacje z postkomunistami. Tylko, że dla tych ostatnich, jest to ostatnia szansa, żeby odwrócić proces swej degradacji. Muszą wybierać. Albo zagwarantują sobie pieniądze na przyszłe kampanie wyborcze i łagodność mediów, albo dokończą rugów starych pezetpeerowskich liberałów, niemających nic wspólnego z lewicą, prócz obłudnej retoryki. Wpuszczą w ich miejsce młodych. Odbudują elektorat. Bo dziś lewicy w Parlamencie nie ma. Poza Parlamentem, jest dużo wyborców do pozyskania. Do odzyskania. Właśnie teraz ich liczba będzie rosła. W kryzysowych czasach. Stara gwardia ze swoim beniaminkiem wie, że to ich ostatnie momenty. Zgodzi się na wszystko, czego zażąda PO. Za wysoką cenę. Wymierną. Państwowych synekur. Z wysokimi odprawami w kontraktach. Nawet kosztem utopienia własnego dziecka-SLD. Z całą resztą towarzyszy. Być może wierzących dotąd, że są socjalistami. Po wsparciu anty-pracowniczej ustawy, kończyć się będzie też OPZZ. W końcu współtwórcy „lewicy sejmowej”. Z Millerem, Siwcem, Oleksym, Kwaśniewskim. A przecież tę czysto polityczną ustawę, można już wkrótce nowelizować. Przywrócić szacunek dla prawa. W kampaniach przedwyborczych. Wkrótce ich będzie kilka. Tych oszukanych już przy urnach nie będzie. Na żadną listę swojego głosu już nie dadzą. Na wszystkie zawarczą.
sobota, 13 grudnia 2008
Chichot WRON-y
Znów zrobiło się głośno o szykanach na granicy z przyjaciółmi za Odrą i Nysą. Rok po wejściu Polski do tzw. strefy Schengen, rasa panów w mundurach Polizei i Zoll, wyrywkowo przepuszcza bez kontroli, niektóre samochody, wjeżdżające do BRD z polskimi rejestracjami. Takie traktowanie Polaków, z mniejszym lub większym nasileniem, jest stałym obrazkiem na tej granicy. To, co miało miejsce tu przed rokiem, teraz jest jeszcze bardziej upokarzające, bo odbywa się kilka kilometrów od niej, granicy, w głąb Niemiec. Wtedy byliśmy tylko podróżnymi przekraczającymi ją. Dziś –potencjalnymi przestępcami w Niemczech. -Bo zwiększyła się liczba kradzieży, włamań, rozbojów-. -Płynie rzeka narkotyków, ukrytych w autach z Polakami-. Stare, wieczne zarzuty Übermenschów. Broniące czystości rasy, przed zalewem sclaven von Slaven. Ta granica, jeszcze przez kilka pokoleń się nie zmieni. Co najmniej. Niemieccy celnicy, policjanci, pewnie zapomnieli przeczytać „Odę do radości” Schillera. Ten kamień węgielny europejskiej wspólnoty. W Europę braci, wystarczy, że uwierzą ci od skrzykiwania się SMS-ami, po jej drugiej stronie. Niestety, gdzieś z daleka słychać nad granicą WRON-ie chichotanie. Różnie to z tą granicą bywało. Najpierw po wojnie łączyła dwa bratnie narody, dążące do komunizmu. Tak definiowało się kiedyś socjalizm. Granica łączyła, ale była szczelnie zamknięta, aż do Gierka. Jej spokój zakłócały jedynie wiertoloty z gwiazdami na burtach, przewożące wszystko, co potrzebne było bojcom, po obu stronach granicy. Na własny użytek i na handel. Z Paliakami i z Giermańcami. Załato, kawiar, dżinsy. Problemu z przestępcami z Polski, w NRD nie było. Jak był, to w skali takiej, jak przez wieki. Do pamiętnego grudnia 1981 roku. Kolesie Szmajdzińskiego, Kwaśniewskiego, Millera znaleźli sposób, na przywrócenie ładu i porządku, w zniewolonym stanem wojennym kraju. Tysiącom ludzi, tym najwartościowszym w każdym narodzie, przedstawiono alternatywę. Wilczy bilet z Ojczyzny, albo zgnoimy ciebie i twoją rodzinę, jeśli nie wyemigrujesz. Trzeba pamiętać, że to działo się czternaście lat po „bratniej pomocy” udzielonej Czechosłowacji. Siedem lat po klęsce Marines i Rangers w Wietnamie i kilka lat przed Czarnobylem i pierestrojką. Na kremlowskim tronie siedział Breżniew, co jakiś czas rewitalizowany do poziomu niewielkich ruchów, zaprzeczających stanowi śmierci klinicznej. Myśleli za niego, Andropow i marszały. Na Europie leżały cienie Pershingów i SS-20. Jeszcze glinianych nóg kolosa nie było widać. Więc wielu ludzi spakowało się i wyjechało na zawsze z Polski. Z Ojczyzny. Wysoki komisarz ONZ gwarantował im rozpoczęcie nowego życia w kraju, jaki sobie wybiorą. Paszport zezwalający na, jedynie, wyjazd z PRL, wystarczał do uzyskania praw azylowych. Kiedy pozbyto się soli „Solidarności”(oczywiście towarzyszom TW SB to nie groziło), WRON-a powieliła pomysł towarzysza Castro. Nie Donalda oczywiście. Fidela. Takie same paszporty zaoferowała „kiblującym” recydywistom. Tym, co na pewno nie rokowali nadziei na resocjalizację i tym z długimi wyrokami. Konkretnie, jaki był klucz odbiorców tej oferty, nie wiem. Dość, że do końca lat osiemdziesiątych, sporą część uchodźców z Polski, w obozach azylantów, stanowili złodzieje i bandyci. Zaopatrzeni w dokumenty o pobycie w więzieniu, wcielali się w patriotów represjonowanych i zmuszonych do emigracji. WRON-ie paszporty to potwierdzały. Oni nie mieli, w większości, zamiaru wyjeżdżania dalej. Robili to, co w Polsce, tyle, że w poczuciu większej bezkarności. Wszystkie mniejsze występki i kradzieże, rzeczywiście były bezkarne. Statut uchodźcy oczekującego przyznania azylu, nie pozwalał ich deportować, bo i dokąd? Kary finansowe były nie do wyegzekwowania, bo oficjalnie byli bez feniga. Zamiana obozu na areszt, tylko obciążała niemieckiego podatnika, kosztami zajmowania się osobą finansowaną przez ONZ. Więc ci „uchodźcy” poszli w Niemcy. Wystarczyło, że z 100 osobowej grupy Polaków w takim obozie, kilku zaczęło kraść. Kilku zostało na gorącym uczynku złapanych. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów od obozu, w każdym sklepie, uważnie już patrzono na nieznanego klienta. Gdy ten zdradził się mową, że jest obcokrajowcem, podejrzewając w nim Polaka, już nie spuszczano z niego wzroku. Gdy sklep był większy, bezceremonialnie ochroniarz nie odstępował go na krok. Czasami wręcz wypraszano klienta ze sklepu. Nikogo nie obchodziło, czy to ten zły, czy pokrzywdzony przez Jaruzelskiego. Ci drudzy cierpieli. Ci pierwsi organizowali się z czasem. Wchodzili w kontakty, np. z azylantami afrykańskimi trzymającymi „sklepiki” z narkotykami, czy gangami złodziei samochodowych. Już ich specjalnie, uzyskanie azylu nie obchodziło. Przez wszystkie te lata, szeroko o tych sprawach pisała lokalna prasa. Ta, której wierzy się najbardziej. Ta „nasza”. W każdej gminie, powiecie, landzie. Mieszkańcy jej uwierzyli. Dlatego dziś, nawet najbardziej korzystne dla Polaków, dane statystyczne niemieckich urzędów państwowych, nie zmienią jeszcze przez długie lata odruchu Frau Wagner, łapania za torbę, gdy usłyszy język polski w jej Bäckerei, gdzie codziennie rano kupuje swoje dwie bułki. Mimo że WRON-y od 25 lat już nie ma, to jeszcze dziś słychać jej chichot.
czwartek, 11 grudnia 2008
Gavroche i jego Pöttering
Dziś rozpoczął się szczyt „klimatyczny” UE w Brukseli. Właściwie, dlaczego jeszcze, ten szczyt nazywa się “klimatycznym? “Zimna Angela” z góry określiła, po co tam jedzie. ” Ani słowa więcej o prymacie środowiska naturalnego. O zmianach klimatycznych, topniejących lodach i ginących gatunkach” grzmiała w „Die Welt”. Tam, w Brukseli, będzie walczyć o interesy niemieckiego przemysłu. Dzień później wizytowała wschodnie rubieże swoich latyfundiów. Z gromadą ministrów, przywitała się z namiestnikiem, marznącym przed swoim urzędem, ale posłusznie czekającym. Orkiestry odegrały oba hymny, dobrze znane nad Wisłą. Ten pierwszy, o tym, co to ponad wszystko, pamiętany wtedy, gdy grał pod łopoczącym sztandarem ze swastyką na Wawelu, Frankowi i jego bandyckim dygnitarzom. Angela i namiestnik –służbowa, pełna szacunku poza. Następny o tej, co nie zginie. Kanclerz-ta sama postawa. Namiestnik, boiskowym zwyczajem, cały odegrany hymn, odśpiewał. Odmruczał raczej. Tylko, że w tym miejscu, miał być polski premier, a nie kibol. Kilkugodzinne rozmowy, z utajnionym efektem, raczej bez zbliżenia stanowisk. Taka była opinia publicystów, po oświadczeniach obu stron. Chyba owoce rozmów ministrów Franka-Waltera Steinmeiera, szefa MSW Wolfganga Schäubla, ministra obrony Franza Josefa Junga, przemysłu Michaeala Glosa i środowiska Sigmary Gabriel ze swoimi polskimi odpowiednikami, zakończyły się jeszcze groźniej dla Polski. Do tego stopnia, że „Donaldowi Castro”, aż się odechciało lecieć na ten szczyt. Przynajmniej na przed szczytowe konsultacje, udało mu się spóźnić. Chyba ma on rzeczywiście dość “rządzenia”, skoro ucieka się do tak sztubackich wybiegów. Jak się oczy rączkami zakrywa, to wcale nie jest się niewidzialnym. Czy Prezydent Kaczyński mógł zdawać sobie sprawę, że robi mu niedźwiedzią przysługę, zapraszając na wspólny lot. Szlaban między dwoma głównymi pasażerami w rządowym samolocie, wróży wielką burzę na szczycie. Gdyby pokusić się o syntezę ostatnich wydarzeń, u progu Nowego Roku. Wściekłość Cohna- Bendita z porażki z wprowadzeniem w tym roku Eurokonstytucji, okazana w Czechach i obiecywana polskiemu Prezydentowi. Instrukcje w Paryżu i Berlinie, podczas wizyt polskiego premiera. Przy czym w obecnym kryzysie finansowym, trzeba wybierać, które realizować, bo pierwszy raz, nie są z sobą zbieżne. By pomóc wybrać, wizyta pani kanclerz w Warszawie, tuż przed Brukselą. Wreszcie osowiały wygląd Castro i awaria samolotu rejsowego. Wtedy Kaczyński z tą swoją kindersztubą. Na tym szczycie nikt nie będzie się zajmował sprawami klimatycznymi. Na nim mają zostać załatwione sprawy jednomyślności głosowań w Unii. Veta w głosowaniach. Sposobu jak najszybszego wprowadzenia Traktatu Lizbońskiego, nawet przy sprzeciwie niektórych państw. Kluczową sprawą będzie załatwienie problemu z polskim „Kartoffel”, Kaczyńskim. Dla tej sprawy dla Niemców możliwe jest poświęcenie na ołtarzu wspólnej, europejskiej sprawy, swojego namiestnika. Może on się o tym właśnie dowiedział. Na „swoich” ministrów, Rostowskiego i Sikorskiego, na pewno nie liczy… i słusznie. Dla nich, czy to ma być Tusk czy Chlebowski, Palikot czy Schetyna, ganz egal. Jak Polska w pełni zgodzi się na Traktat, to Irlandii pozwoli się go ratyfikować już po wprowadzeniu w pozostałych krajach Unii. To czarny scenariusz. Na uczciwszy, był czas przed kryzysem finansowym. Dziś nie ma czasu na gonienie króliczka. Ktoś musi sfinansować walkę z kryzysem nad Renem i Sekwaną. Koniec z V Kolumną w inwestowaniu środków europejskich w Polsce. Jeśli w tym roku wykorzystuje się tylko kilka procent, to zwrot do, już niemieckiego banku, zarobionych przez niemieckie firmy w Polsce(w sektorze budowlanym i drogowym chociażby), europejskich dotacji wraz z obligatoryjnym wkładem inwestora(gminy, powiatu, województwa czy samorządu), to też śmieszne kwoty. Będzie jeszcze gorzej, bo inwestycje infrastrukturalne staną w przyszłym roku. Więc golenie nowych landów w Unii Europejskiej, musi przybrać inny kształt. Właśnie tu, bez Traktatu, ani rusz. Trochę się rudy Gavroche zagalopował w Pradze, ale i tak nie czas na kamuflaże. Zresztą tam ciekawszy był inny dziwoląg etyczny. Nazywa się Hans-Gert Pöttering. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, na wygłup swojego Palikota, stanął murem po jego stronie. To bardzo wyrazisty osobnik pewnej grupy społecznej, żyjącej w każdym kraju Europy, Ameryki, Australii. Czy w Azji i Afryce, nie wiem. Wyróżniają się nienasyconymi ambicjami i chciwością. Będąc świadomymi swoich mizernych zdolności i braku talentu w czymkolwiek, oddają duszę i sumienie przedstawicielom „narodu wybranego”. Odtąd już do końca, będą wiecznie służyć swojemu złotemu cielcowi. Nigdy nie pozwolą sobie na jego krytykowanie i nikt ich nie wyprzedzi w wielbieniu go. Większość Żydów będzie na nich patrzyła z taką samą odrazą jak inni. Ale niektórzy skorzystają z tej oferty. Otoczą ich opieką. Każdy, kto ich zaatakuje, może zyskać taki sam epitet, jak by atakował Żyda. Epitet antysemity. Takim właśnie jest ten Niemiec. Zgięty wpół, w lansadach, gdy podchodził do Geremka, Michnika czy Cohna –Bendita. Do tych, których jego przodkowie widzieli najchętniej w komorach gazowych. Rekompensujący sobie te drobne niewygody moralne i etyczne, typową pruską butą wobec Słowian. Czechów, Polaków. Że we dwoje raźniej, ciągnie ze sobą Martina Schulza. Jaka piękna para! Jak podobni do nich są Bartoszewski, Morozowski, Czajkowski. Dziś do ich wrót puka TW „Bolek”, ogłaszając z ekranu telewizora, że żal mu, że nie jest Żydem. Nawet cała Ameryka i Wyborcza nie przeszkodziły ujawnieniu początków jego życia w fałszu. Opartego na kłamstwach. Jestem pewny, że poznamy dalszy ciąg przygód kaprala Bolka. Bo takie dokumenty nie giną. To czyste złoto, a komu go nie brakuje?
sobota, 6 grudnia 2008
Wdzięczność
Nie lubię bossów Platformy Obywatelskiej, tych znanych mi z ekranu telewizora. Z głośników radiowych i z gazet. Gardzę nimi. Właściwie ich wizerunkami stamtąd do mnie docierającymi. Mam przyjaciół, zwolenników i członków tej partii. Wszystkich szanuję. Nie zgadzam się z nimi w wielu sprawach. Tak jak oni z moimi poglądami. Wiem, że i ja, cieszę się ich szacunkiem. Stąd wiem, że te wizerunki tuskoidów, nie są w 100% zgodne z rzeczywistością. Mam prawo nimi gardzić, gdy oni sami nie potrafią zaprotestować, kiedy zgadzają się, na przeistaczanie w Trolli. Oczywiście, w tej czołówce PO z mediów, sporą grupę stanowią ci, którzy nie muszą udawać. Na każdym „dworze” zawsze było kilku Charłampów. Na polskich niestety, również wielu Kuklinowskich. Ten „dwór”, w osobach Tuska, Chlebowskiego, Niesiołowskiego, Schetyny, Komorowskiego, Pitery, palikota, Karpiniuka, Nowaka, Kopacz, Misiaka, Dolniaka czy Grupińskiego to ci, co zgodzili się dla doraźnych celów, nie swoich, na autodestrukcję. W krótkim okresie znikną ze sceny i z pamięci. Oni robią młyn i magiel, bagno i kloakę z polskiej polityki, dla osiągnięcia celów, jakie zrealizować mają inni ludzie w rządzie, ci z zewnątrz Platformy. Rostowski, Ćwiąkalski, Sikorski i TW „Znak”. Rzeczywistymi twarzami całego ugrupowania, chciałbym się nie mylić, są Zdrojewski, Rybicki, Saryusz-Wolski, Czuma czy nawet Gowin. Nie biorą udziału w ulubionej zabawie „dworu”. Jeśli czasami muszą, to rzadko. Ta zabawa to gra w „piegi”, ta w fekaliowym wydaniu. W nią z żywiołowym entuzjazmem grają dworzanie. Jeśli po roku, poziom ekskrementów sięga tak bardzo wysoko, to łatwo przewidzieć szybki koniec jej głównych uczestników. Niesiołowski czy palikot już siebie w niczym nie przebiją(dla mnie, ten ostatni, na dużą literę w nazwisku, dziś nie zasługuje). Nikt nie oczekuje z ich strony niczego nowego. Jeszcze bardziej cuchnącego. Ci gracze toną pierwsi. Mam nadzieję, że Zdrojewski & s-ka, nie zostaną przedwcześnie z PO wyautowani jak Rokita. Że oni są w stanie uratować PO od losu, jaki spotkał UW. Sanacja tej partii będzie jednak trudniejsza. Do dziś nie ma w ostatnich dwudziestu latach polityków, którzy tak bezkrytycznie dali by sobą manipulować propagandystom, dla których bardzo ważnym celem, jest zohydzenie polskiego świata politycznego. Zepchnięcie go do poziomu szerzenia nienawiści, równej jedynie tej ze „Stürmera” i „Völkischer Beobachtera” wobec Żydów. Jednocześnie pogarda dla odbiorców tej strategii, każe jej wykonawcom, nazywać ją polityką miłości. Miłości szczurołapa z filmu Andrzeja Czarneckiego. Powielanie taktyki z tamtych lat i z tamtego obszaru, nie sprawdzi się. Nie da się zamknąć ust i zatkać uszu Polakom w XXI wieku. Dziś po utemperowaniu warczących w czasie przemawiania J. Kaczyńskiego w czwartek wieczorem w Sejmie, Niesiołowskiego i Komorowskiego, łatwo przewidzieć ich koniec. Siedzących po reprymendzie z mównicy, z zamilkłymi, czerwonymi buziami jak sztubaki ze specjalnej szkoły podstawowej. Miałkość zdegenerowanego w ostatnich latach intelektu, wyszła jak przysłowiowe szydło. A przecież jeszcze nie dawno, to mogły być ozdoby politycznych rautów. Dziś oślepli z nienawiści wciąż są na równi pochyłej. Nie widzą jak się staczają. Jest jednak coś, za co będę dworowi dozgonnie wdzięczny.
Dzieje XX wieku, na zawsze będą napiętnowane nazistowskim okresem historii Niemiec. Holokaustem i kacetami. Rozwiązywaniem technicznych i administracyjnych problemów, unowocześniających różnorodne technologie zabijania ludzi. Problemów, w których najmniejszym elementem tych „projektów” był zabijany. Ważne były cegły w kominach krematoriów, specjalne ruszty w piecach, wydajność diesli w K.L. Stutthof w produkcji spalin wtłaczanych do komory gazowej. Nowatorska konstrukcja wieloosobowej szubienicy w Sachsenhausen, bez opadających ciał, z wyrywanymi do góry głowami uśmiercanych. Zabawy SS-manów na „Ścianie Skoczków” w Mauthausen, itd, itp. Bezustanna praca inżynierów niemieckich, ciężko pracujących dla rozwoju techniki zabijania w obozach koncentracyjnych. Pierwsze obozy powstawały zaraz po zdobyciu władzy przez NSDAP. Przez pierwszy rok, do lata 1934, powstawały jak grzyby po deszczu, pod zarządem lokalnych władz, SA- jako policji pomocniczej. Dopiero później, po „Nocy długich noży” przejęła je SS. Pierwszymi więźniami byli również Żydzi, ale tylko, jako komuniści, socjaldemokraci, oponenci polityczni, słowem, wrogowie narodowego socjalizmu. Twórcy totalnego impasu u schyłku Republiki Weimarskiej, bez względu na pochodzenie. Wielkiego kryzysu ekonomicznego, politycznego i społecznego z 6 mln bezrobociem. Musiały minąć lata rządów niemieckich nacjonalistów, żeby Żydzi stali się większością narodową ofiar w obozach koncentracyjnych i zagłady, tylko dlatego, że byli Żydami,. Przez całe lata, dręczyło mnie pytanie- jak to było możliwe, żeby zbrodnie ludobójstwa Żydów popełnili Niemcy. Nie znam dwóch różnych narodów, tak bardzo, przez wieki związanych z sobą. Przecież już w XI wieku, Żydzi żyjący w środowiskach niemieckich wytworzyli swój nowy język, jiddisz. Język będący zmiękczeniem niemieckiego. W niemieckim duchu tworzyli wielcy żydowscy pisarze, poeci, malarze i kompozytorzy. Rozwijali naukę niemiecką i przemysł. Nigdzie nie czuli się bardziej w domu jak nad Renem, Menem czy Szprewą. Wystarczyło dziesięć lat urzędowej nienawiści, żeby Niemiec nie czuł moralnych oporów zabijając Żyda. Żeby robiąc to, zabijał insekta. To był efekt używania języka nienawiści w III Rzeszy. Pracy ojców, dzisiejszych „think tanków”, w ministerstwie Goebbelsa. Dopiero dziś, słysząc podobny język w ustach tuskoidów zrozumiałem, po co zbudowano pierwsze obozy koncentracyjne w Niemczech. Jak to się stało, że z krótkoterminowych miejsc odosobnienia dla wrogów politycznych (trzy do sześciu miesięcy pobytu), stały się fabrykami śmierci. Zrozumiałem, dokąd to może Polskę doprowadzić. Tego uczy historia powszechna najnowsza. Historia, która, jak mówił kiedyś Jan Pietrzak, „uczy tylko jednego, że nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła”. Odpowiedź na to pytanie zawdzięczam tuskoidom. Za to jestem im wdzięczny.
Dzieje XX wieku, na zawsze będą napiętnowane nazistowskim okresem historii Niemiec. Holokaustem i kacetami. Rozwiązywaniem technicznych i administracyjnych problemów, unowocześniających różnorodne technologie zabijania ludzi. Problemów, w których najmniejszym elementem tych „projektów” był zabijany. Ważne były cegły w kominach krematoriów, specjalne ruszty w piecach, wydajność diesli w K.L. Stutthof w produkcji spalin wtłaczanych do komory gazowej. Nowatorska konstrukcja wieloosobowej szubienicy w Sachsenhausen, bez opadających ciał, z wyrywanymi do góry głowami uśmiercanych. Zabawy SS-manów na „Ścianie Skoczków” w Mauthausen, itd, itp. Bezustanna praca inżynierów niemieckich, ciężko pracujących dla rozwoju techniki zabijania w obozach koncentracyjnych. Pierwsze obozy powstawały zaraz po zdobyciu władzy przez NSDAP. Przez pierwszy rok, do lata 1934, powstawały jak grzyby po deszczu, pod zarządem lokalnych władz, SA- jako policji pomocniczej. Dopiero później, po „Nocy długich noży” przejęła je SS. Pierwszymi więźniami byli również Żydzi, ale tylko, jako komuniści, socjaldemokraci, oponenci polityczni, słowem, wrogowie narodowego socjalizmu. Twórcy totalnego impasu u schyłku Republiki Weimarskiej, bez względu na pochodzenie. Wielkiego kryzysu ekonomicznego, politycznego i społecznego z 6 mln bezrobociem. Musiały minąć lata rządów niemieckich nacjonalistów, żeby Żydzi stali się większością narodową ofiar w obozach koncentracyjnych i zagłady, tylko dlatego, że byli Żydami,. Przez całe lata, dręczyło mnie pytanie- jak to było możliwe, żeby zbrodnie ludobójstwa Żydów popełnili Niemcy. Nie znam dwóch różnych narodów, tak bardzo, przez wieki związanych z sobą. Przecież już w XI wieku, Żydzi żyjący w środowiskach niemieckich wytworzyli swój nowy język, jiddisz. Język będący zmiękczeniem niemieckiego. W niemieckim duchu tworzyli wielcy żydowscy pisarze, poeci, malarze i kompozytorzy. Rozwijali naukę niemiecką i przemysł. Nigdzie nie czuli się bardziej w domu jak nad Renem, Menem czy Szprewą. Wystarczyło dziesięć lat urzędowej nienawiści, żeby Niemiec nie czuł moralnych oporów zabijając Żyda. Żeby robiąc to, zabijał insekta. To był efekt używania języka nienawiści w III Rzeszy. Pracy ojców, dzisiejszych „think tanków”, w ministerstwie Goebbelsa. Dopiero dziś, słysząc podobny język w ustach tuskoidów zrozumiałem, po co zbudowano pierwsze obozy koncentracyjne w Niemczech. Jak to się stało, że z krótkoterminowych miejsc odosobnienia dla wrogów politycznych (trzy do sześciu miesięcy pobytu), stały się fabrykami śmierci. Zrozumiałem, dokąd to może Polskę doprowadzić. Tego uczy historia powszechna najnowsza. Historia, która, jak mówił kiedyś Jan Pietrzak, „uczy tylko jednego, że nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła”. Odpowiedź na to pytanie zawdzięczam tuskoidom. Za to jestem im wdzięczny.
wtorek, 2 grudnia 2008
Fatamorgana pod Opolem
Od kilku miesięcy, zwłaszcza w śląskich, gazetach i regionalnych rozgłośniach RTV trwa kampania, jakoby Ślązacy wracali z „Rajchu” na Opolszczyznę. Po kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu latach pobytu w RFN, nie chcą już marek ani euro, socjalnego bezpieczeństwa, stabilizacji. Wczorajsi Aussiedlern, później zwani Spätaussiedlern, z niemieckim obywatelstwem, wracają do rodzinnych gniazd rozsianych na „zielonym Śląsku”. Zresztą nie tylko zielonym. Na całym. By tu rejestrować działalność gospodarczą, np. jako hydraulik i żyć jak król. Tak mniej więcej wynika z lektury artykułu w Nowej Trybunie Opolskiej z 28 11 2008r. Treść żenująca. Poziom wiarygodności jak z „późnego” Gomułki w „Trybunie Ludu”. Że takich wypocin można poczytać więcej i posłuchać o tym w audycjach radiowo-telewizyjnych, warto się zastanowić nad przyczynami pojawienia się tego tematu. Właśnie dziś. W 2008 roku. Jak wiadomo, w ostatnich czterdziestu latach wyemigrowało do Niemiec ok. 1, 44 mln obywateli PRL i RP. W samym 1970r, po podpisaniu umów polsko-niemieckich przez Cyrankiewicza i Brandta, wnioski o wyjazd do Niemiec złożyło w Czerwonym Krzyżu ok. 250 tys. osób. Szczyt wyjazdów to były lata osiemdziesiąte. To chyba wtedy pojawiło się powiedzenie, że pochodzenie niemieckie można było otrzymać, na owczarka niemieckiego w domu. Tak czy owak, mnóstwo Polaków stawało się obywatelami niemieckimi. Ci, co mieli korzenie i ci, co ich nie mieli. Często bywało tak, że świeżo upieczony maturzysta np. z Gdańska, oświadczał ojcu dzień przed wyjazdem na wczasy za granicę, że zostanie w Niemczech i złoży podanie o azyl. Ojciec sięgał wtedy do skrytki i wyciągał stary hitlerowski dokument, poświadczający jego status, jako Volksdeutscha. Chłopak miał do wyboru dwie drogi. Ojciec nigdy nie czuł się Niemcem. Ani Reichs-, ani Volks-. Listę podpisał, bo się bał. Po wojnie nigdy nikomu o tym nie powiedział. Nigdy też nie zamierzał emigrować. Budował siermiężną PRL, choć mógł być świadkiem Wirtschaftswunder Erharda. Być potem cudu tego konsumentem. Ale był Gdańszczaninem i Polakiem. Życie miał w większości za sobą. Jednak to, co się w Polsce po stanie wojennym działo, w pełni uzasadniało, wg niego, każdą decyzję syna. W obozie przejściowym dla przesiedleńców we Friedlandzie, pełno było młodych Polaków, którzy korzystali z niemieckich papierów swoich rodziców. Chcieli być Niemcami. Ale sami rodzice widzieli siebie, jedynie jako Polaków. Pomorzan, Kaszubów, Ślązaków, ale tylko Polaków. Oczywiście były wyjątki. Skąd więc właśnie dziś, pojawia się zjawisko powrotów? Nieprawdziwe, ale opisywane. Niemcy nigdy nie zrezygnowały z odzyskania ziem utraconych po wojnie. Nawet po zburzeniu muru, kiedy ważyła się sprawa zjednoczenia państw niemieckich, nie skorygowały swojej quasi-konstytucji. Artykuły 116, 118 w związku z art.29 Ustawy Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec, pozwalają na odebranie Polsce wszystkich ziem śląskich i pomorskich, które leżały w granicach III Rzeszy w 1937 roku. Jak to ma się odbyć, pokazał casus Kosowa. Wiążące będą plebiscyty na tych obszarach. Tak to wynika z tego dokumentu. Ustawa Zasadnicza jest ustawą tymczasową, powinna być zastąpiona Konstytucją w chwili zjednoczenia Niemiec (Art.146. -Dieses Grundgesetz, das nach Vollendung der Einheit und Freiheit Deutschlands für das gesamte deutsche Volk gilt, verliert seine Gültigkeit an dem Tage, an dem eine Verfassung im Kraft Tritt). Jednoznacznie z tego artykułu wynika, że nie osiągnięto jeszcze, pełnego wyzwolenia i zjednoczenia Niemiec. Do stanu pozwalającemu uchwalić Konstytucję, Niemcy muszą powrócić w granice z 1937 roku. Jest pewien problem z Królewcem i Prusami Wschodnimi, ale jeśli już raz kiedyś Rosjanie sprzedali Alaskę, to kwestią będzie tylko cena za ten skrawek ziemi. Rosja i tak będzie ogromna. Od Polski, wiadomo, kupować nie trzeba. Wystarczy w Warszawie wystawić swój rząd, „fachowców”, wsadzić do niego „Znaka”, Ćwiąkalskiego, Sikorskiego i Rostockiego i realizować instrukcje „Fall Weiss”-bis. Pokojową drogę odzyskania utraconego Vaterlandu. Już wręcz oficjalnie propaganda niemiecka w Polsce, rozdziela dzisiejszy rząd na mężów stanu w osobach tej czwórki od pozostałej, jakby miernej reszty. Do Rostockiego należy tak powiązanie finansów polskich z Berlinem (tymczasem nazywa się to z Unią), żeby polska gospodarka nie mogła nić zrobić samodzielnie. Bez zezwolenia z zagranicy. Berlina, Brukseli, Frankfurtu. Sikorski może zadbać o promowanie Polski, jako kraju niestabilnego, z wygórowanymi ambicjami i rozwydrzonymi mieszkańcami. Przede wszystkim ma doprowadzić do podpisania euro konstytucji i zwrotu majątku Niemcom i Żydom. O powrót do opinii wiecznie strajkujących Polaków i w ogóle „polnische Wirtschaft” w Polsce zadba TW „Znak”, golący polskich pracowników z ich praw i miejsc pracy. Pozostaje Ćwiąkalski. Poza normalnymi działaniami na rzecz swoich dawnych klientów, dziś ma podstawowe zadanie, dla którego stał się ministrem. Ma tak przygotować polskie prawo, że kiedy już dojdzie do realizacji żądań Ruchu Autonomii Śląska utworzenia Republiki Śląskiej, ci, którzy jakoby dziś wracają, będą mieli pełne prawa wziąć udział w plebiscycie. Dopiero wtedy wrócą. Ci, o których mowa na początku, rozpączkowani, ci „wypędzeni” też rozpączkowani. W dzieci, wnuki i prawnuki. Tak jak w 1921 roku. Później przyjdzie czas na Kaszubów i Mazurów. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Że to tylko taka teoria spiskowa. Dziś już wiadomo, że przy następnych rządach ten plan nie da się zrealizować. Przy Kaczyńskich i w dobie kryzysu to niemożliwe. Polacy znów stają się Polakami w Europie. Nie ogłupiałymi Europejczykami bez Patrii. Nawet ci od skrzykiwania się SMS-ami. Może stąd ta fatamorgana, pokazująca karawany ziomków, jadących dziś na wschód z Niemiec.
Subskrybuj:
Posty (Atom)