czwartek, 11 grudnia 2008
Gavroche i jego Pöttering
Dziś rozpoczął się szczyt „klimatyczny” UE w Brukseli. Właściwie, dlaczego jeszcze, ten szczyt nazywa się “klimatycznym? “Zimna Angela” z góry określiła, po co tam jedzie. ” Ani słowa więcej o prymacie środowiska naturalnego. O zmianach klimatycznych, topniejących lodach i ginących gatunkach” grzmiała w „Die Welt”. Tam, w Brukseli, będzie walczyć o interesy niemieckiego przemysłu. Dzień później wizytowała wschodnie rubieże swoich latyfundiów. Z gromadą ministrów, przywitała się z namiestnikiem, marznącym przed swoim urzędem, ale posłusznie czekającym. Orkiestry odegrały oba hymny, dobrze znane nad Wisłą. Ten pierwszy, o tym, co to ponad wszystko, pamiętany wtedy, gdy grał pod łopoczącym sztandarem ze swastyką na Wawelu, Frankowi i jego bandyckim dygnitarzom. Angela i namiestnik –służbowa, pełna szacunku poza. Następny o tej, co nie zginie. Kanclerz-ta sama postawa. Namiestnik, boiskowym zwyczajem, cały odegrany hymn, odśpiewał. Odmruczał raczej. Tylko, że w tym miejscu, miał być polski premier, a nie kibol. Kilkugodzinne rozmowy, z utajnionym efektem, raczej bez zbliżenia stanowisk. Taka była opinia publicystów, po oświadczeniach obu stron. Chyba owoce rozmów ministrów Franka-Waltera Steinmeiera, szefa MSW Wolfganga Schäubla, ministra obrony Franza Josefa Junga, przemysłu Michaeala Glosa i środowiska Sigmary Gabriel ze swoimi polskimi odpowiednikami, zakończyły się jeszcze groźniej dla Polski. Do tego stopnia, że „Donaldowi Castro”, aż się odechciało lecieć na ten szczyt. Przynajmniej na przed szczytowe konsultacje, udało mu się spóźnić. Chyba ma on rzeczywiście dość “rządzenia”, skoro ucieka się do tak sztubackich wybiegów. Jak się oczy rączkami zakrywa, to wcale nie jest się niewidzialnym. Czy Prezydent Kaczyński mógł zdawać sobie sprawę, że robi mu niedźwiedzią przysługę, zapraszając na wspólny lot. Szlaban między dwoma głównymi pasażerami w rządowym samolocie, wróży wielką burzę na szczycie. Gdyby pokusić się o syntezę ostatnich wydarzeń, u progu Nowego Roku. Wściekłość Cohna- Bendita z porażki z wprowadzeniem w tym roku Eurokonstytucji, okazana w Czechach i obiecywana polskiemu Prezydentowi. Instrukcje w Paryżu i Berlinie, podczas wizyt polskiego premiera. Przy czym w obecnym kryzysie finansowym, trzeba wybierać, które realizować, bo pierwszy raz, nie są z sobą zbieżne. By pomóc wybrać, wizyta pani kanclerz w Warszawie, tuż przed Brukselą. Wreszcie osowiały wygląd Castro i awaria samolotu rejsowego. Wtedy Kaczyński z tą swoją kindersztubą. Na tym szczycie nikt nie będzie się zajmował sprawami klimatycznymi. Na nim mają zostać załatwione sprawy jednomyślności głosowań w Unii. Veta w głosowaniach. Sposobu jak najszybszego wprowadzenia Traktatu Lizbońskiego, nawet przy sprzeciwie niektórych państw. Kluczową sprawą będzie załatwienie problemu z polskim „Kartoffel”, Kaczyńskim. Dla tej sprawy dla Niemców możliwe jest poświęcenie na ołtarzu wspólnej, europejskiej sprawy, swojego namiestnika. Może on się o tym właśnie dowiedział. Na „swoich” ministrów, Rostowskiego i Sikorskiego, na pewno nie liczy… i słusznie. Dla nich, czy to ma być Tusk czy Chlebowski, Palikot czy Schetyna, ganz egal. Jak Polska w pełni zgodzi się na Traktat, to Irlandii pozwoli się go ratyfikować już po wprowadzeniu w pozostałych krajach Unii. To czarny scenariusz. Na uczciwszy, był czas przed kryzysem finansowym. Dziś nie ma czasu na gonienie króliczka. Ktoś musi sfinansować walkę z kryzysem nad Renem i Sekwaną. Koniec z V Kolumną w inwestowaniu środków europejskich w Polsce. Jeśli w tym roku wykorzystuje się tylko kilka procent, to zwrot do, już niemieckiego banku, zarobionych przez niemieckie firmy w Polsce(w sektorze budowlanym i drogowym chociażby), europejskich dotacji wraz z obligatoryjnym wkładem inwestora(gminy, powiatu, województwa czy samorządu), to też śmieszne kwoty. Będzie jeszcze gorzej, bo inwestycje infrastrukturalne staną w przyszłym roku. Więc golenie nowych landów w Unii Europejskiej, musi przybrać inny kształt. Właśnie tu, bez Traktatu, ani rusz. Trochę się rudy Gavroche zagalopował w Pradze, ale i tak nie czas na kamuflaże. Zresztą tam ciekawszy był inny dziwoląg etyczny. Nazywa się Hans-Gert Pöttering. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, na wygłup swojego Palikota, stanął murem po jego stronie. To bardzo wyrazisty osobnik pewnej grupy społecznej, żyjącej w każdym kraju Europy, Ameryki, Australii. Czy w Azji i Afryce, nie wiem. Wyróżniają się nienasyconymi ambicjami i chciwością. Będąc świadomymi swoich mizernych zdolności i braku talentu w czymkolwiek, oddają duszę i sumienie przedstawicielom „narodu wybranego”. Odtąd już do końca, będą wiecznie służyć swojemu złotemu cielcowi. Nigdy nie pozwolą sobie na jego krytykowanie i nikt ich nie wyprzedzi w wielbieniu go. Większość Żydów będzie na nich patrzyła z taką samą odrazą jak inni. Ale niektórzy skorzystają z tej oferty. Otoczą ich opieką. Każdy, kto ich zaatakuje, może zyskać taki sam epitet, jak by atakował Żyda. Epitet antysemity. Takim właśnie jest ten Niemiec. Zgięty wpół, w lansadach, gdy podchodził do Geremka, Michnika czy Cohna –Bendita. Do tych, których jego przodkowie widzieli najchętniej w komorach gazowych. Rekompensujący sobie te drobne niewygody moralne i etyczne, typową pruską butą wobec Słowian. Czechów, Polaków. Że we dwoje raźniej, ciągnie ze sobą Martina Schulza. Jaka piękna para! Jak podobni do nich są Bartoszewski, Morozowski, Czajkowski. Dziś do ich wrót puka TW „Bolek”, ogłaszając z ekranu telewizora, że żal mu, że nie jest Żydem. Nawet cała Ameryka i Wyborcza nie przeszkodziły ujawnieniu początków jego życia w fałszu. Opartego na kłamstwach. Jestem pewny, że poznamy dalszy ciąg przygód kaprala Bolka. Bo takie dokumenty nie giną. To czyste złoto, a komu go nie brakuje?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz