wtorek, 2 grudnia 2008

Fatamorgana pod Opolem

Od kilku miesięcy, zwłaszcza w śląskich, gazetach i regionalnych rozgłośniach RTV trwa kampania, jakoby Ślązacy wracali z „Rajchu” na Opolszczyznę. Po kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu latach pobytu w RFN, nie chcą już marek ani euro, socjalnego bezpieczeństwa, stabilizacji. Wczorajsi Aussiedlern, później zwani Spätaussiedlern, z niemieckim obywatelstwem, wracają do rodzinnych gniazd rozsianych na „zielonym Śląsku”. Zresztą nie tylko zielonym. Na całym. By tu rejestrować działalność gospodarczą, np. jako hydraulik i żyć jak król. Tak mniej więcej wynika z lektury artykułu w Nowej Trybunie Opolskiej z 28 11 2008r. Treść żenująca. Poziom wiarygodności jak z „późnego” Gomułki w „Trybunie Ludu”. Że takich wypocin można poczytać więcej i posłuchać o tym w audycjach radiowo-telewizyjnych, warto się zastanowić nad przyczynami pojawienia się tego tematu. Właśnie dziś. W 2008 roku. Jak wiadomo, w ostatnich czterdziestu latach wyemigrowało do Niemiec ok. 1, 44 mln obywateli PRL i RP. W samym 1970r, po podpisaniu umów polsko-niemieckich przez Cyrankiewicza i Brandta, wnioski o wyjazd do Niemiec złożyło w Czerwonym Krzyżu ok. 250 tys. osób. Szczyt wyjazdów to były lata osiemdziesiąte. To chyba wtedy pojawiło się powiedzenie, że pochodzenie niemieckie można było otrzymać, na owczarka niemieckiego w domu. Tak czy owak, mnóstwo Polaków stawało się obywatelami niemieckimi. Ci, co mieli korzenie i ci, co ich nie mieli. Często bywało tak, że świeżo upieczony maturzysta np. z Gdańska, oświadczał ojcu dzień przed wyjazdem na wczasy za granicę, że zostanie w Niemczech i złoży podanie o azyl. Ojciec sięgał wtedy do skrytki i wyciągał stary hitlerowski dokument, poświadczający jego status, jako Volksdeutscha. Chłopak miał do wyboru dwie drogi. Ojciec nigdy nie czuł się Niemcem. Ani Reichs-, ani Volks-. Listę podpisał, bo się bał. Po wojnie nigdy nikomu o tym nie powiedział. Nigdy też nie zamierzał emigrować. Budował siermiężną PRL, choć mógł być świadkiem Wirtschaftswunder Erharda. Być potem cudu tego konsumentem. Ale był Gdańszczaninem i Polakiem. Życie miał w większości za sobą. Jednak to, co się w Polsce po stanie wojennym działo, w pełni uzasadniało, wg niego, każdą decyzję syna. W obozie przejściowym dla przesiedleńców we Friedlandzie, pełno było młodych Polaków, którzy korzystali z niemieckich papierów swoich rodziców. Chcieli być Niemcami. Ale sami rodzice widzieli siebie, jedynie jako Polaków. Pomorzan, Kaszubów, Ślązaków, ale tylko Polaków. Oczywiście były wyjątki. Skąd więc właśnie dziś, pojawia się zjawisko powrotów? Nieprawdziwe, ale opisywane. Niemcy nigdy nie zrezygnowały z odzyskania ziem utraconych po wojnie. Nawet po zburzeniu muru, kiedy ważyła się sprawa zjednoczenia państw niemieckich, nie skorygowały swojej quasi-konstytucji. Artykuły 116, 118 w związku z art.29 Ustawy Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec, pozwalają na odebranie Polsce wszystkich ziem śląskich i pomorskich, które leżały w granicach III Rzeszy w 1937 roku. Jak to ma się odbyć, pokazał casus Kosowa. Wiążące będą plebiscyty na tych obszarach. Tak to wynika z tego dokumentu. Ustawa Zasadnicza jest ustawą tymczasową, powinna być zastąpiona Konstytucją w chwili zjednoczenia Niemiec (Art.146. -Dieses Grundgesetz, das nach Vollendung der Einheit und Freiheit Deutschlands für das gesamte deutsche Volk gilt, verliert seine Gültigkeit an dem Tage, an dem eine Verfassung im Kraft Tritt). Jednoznacznie z tego artykułu wynika, że nie osiągnięto jeszcze, pełnego wyzwolenia i zjednoczenia Niemiec. Do stanu pozwalającemu uchwalić Konstytucję, Niemcy muszą powrócić w granice z 1937 roku. Jest pewien problem z Królewcem i Prusami Wschodnimi, ale jeśli już raz kiedyś Rosjanie sprzedali Alaskę, to kwestią będzie tylko cena za ten skrawek ziemi. Rosja i tak będzie ogromna. Od Polski, wiadomo, kupować nie trzeba. Wystarczy w Warszawie wystawić swój rząd, „fachowców”, wsadzić do niego „Znaka”, Ćwiąkalskiego, Sikorskiego i Rostockiego i realizować instrukcje „Fall Weiss”-bis. Pokojową drogę odzyskania utraconego Vaterlandu. Już wręcz oficjalnie propaganda niemiecka w Polsce, rozdziela dzisiejszy rząd na mężów stanu w osobach tej czwórki od pozostałej, jakby miernej reszty. Do Rostockiego należy tak powiązanie finansów polskich z Berlinem (tymczasem nazywa się to z Unią), żeby polska gospodarka nie mogła nić zrobić samodzielnie. Bez zezwolenia z zagranicy. Berlina, Brukseli, Frankfurtu. Sikorski może zadbać o promowanie Polski, jako kraju niestabilnego, z wygórowanymi ambicjami i rozwydrzonymi mieszkańcami. Przede wszystkim ma doprowadzić do podpisania euro konstytucji i zwrotu majątku Niemcom i Żydom. O powrót do opinii wiecznie strajkujących Polaków i w ogóle „polnische Wirtschaft” w Polsce zadba TW „Znak”, golący polskich pracowników z ich praw i miejsc pracy. Pozostaje Ćwiąkalski. Poza normalnymi działaniami na rzecz swoich dawnych klientów, dziś ma podstawowe zadanie, dla którego stał się ministrem. Ma tak przygotować polskie prawo, że kiedy już dojdzie do realizacji żądań Ruchu Autonomii Śląska utworzenia Republiki Śląskiej, ci, którzy jakoby dziś wracają, będą mieli pełne prawa wziąć udział w plebiscycie. Dopiero wtedy wrócą. Ci, o których mowa na początku, rozpączkowani, ci „wypędzeni” też rozpączkowani. W dzieci, wnuki i prawnuki. Tak jak w 1921 roku. Później przyjdzie czas na Kaszubów i Mazurów. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Że to tylko taka teoria spiskowa. Dziś już wiadomo, że przy następnych rządach ten plan nie da się zrealizować. Przy Kaczyńskich i w dobie kryzysu to niemożliwe. Polacy znów stają się Polakami w Europie. Nie ogłupiałymi Europejczykami bez Patrii. Nawet ci od skrzykiwania się SMS-ami. Może stąd ta fatamorgana, pokazująca karawany ziomków, jadących dziś na wschód z Niemiec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz