Znów zrobiło się głośno o szykanach na granicy z przyjaciółmi za Odrą i Nysą. Rok po wejściu Polski do tzw. strefy Schengen, rasa panów w mundurach Polizei i Zoll, wyrywkowo przepuszcza bez kontroli, niektóre samochody, wjeżdżające do BRD z polskimi rejestracjami. Takie traktowanie Polaków, z mniejszym lub większym nasileniem, jest stałym obrazkiem na tej granicy. To, co miało miejsce tu przed rokiem, teraz jest jeszcze bardziej upokarzające, bo odbywa się kilka kilometrów od niej, granicy, w głąb Niemiec. Wtedy byliśmy tylko podróżnymi przekraczającymi ją. Dziś –potencjalnymi przestępcami w Niemczech. -Bo zwiększyła się liczba kradzieży, włamań, rozbojów-. -Płynie rzeka narkotyków, ukrytych w autach z Polakami-. Stare, wieczne zarzuty Übermenschów. Broniące czystości rasy, przed zalewem sclaven von Slaven. Ta granica, jeszcze przez kilka pokoleń się nie zmieni. Co najmniej. Niemieccy celnicy, policjanci, pewnie zapomnieli przeczytać „Odę do radości” Schillera. Ten kamień węgielny europejskiej wspólnoty. W Europę braci, wystarczy, że uwierzą ci od skrzykiwania się SMS-ami, po jej drugiej stronie. Niestety, gdzieś z daleka słychać nad granicą WRON-ie chichotanie. Różnie to z tą granicą bywało. Najpierw po wojnie łączyła dwa bratnie narody, dążące do komunizmu. Tak definiowało się kiedyś socjalizm. Granica łączyła, ale była szczelnie zamknięta, aż do Gierka. Jej spokój zakłócały jedynie wiertoloty z gwiazdami na burtach, przewożące wszystko, co potrzebne było bojcom, po obu stronach granicy. Na własny użytek i na handel. Z Paliakami i z Giermańcami. Załato, kawiar, dżinsy. Problemu z przestępcami z Polski, w NRD nie było. Jak był, to w skali takiej, jak przez wieki. Do pamiętnego grudnia 1981 roku. Kolesie Szmajdzińskiego, Kwaśniewskiego, Millera znaleźli sposób, na przywrócenie ładu i porządku, w zniewolonym stanem wojennym kraju. Tysiącom ludzi, tym najwartościowszym w każdym narodzie, przedstawiono alternatywę. Wilczy bilet z Ojczyzny, albo zgnoimy ciebie i twoją rodzinę, jeśli nie wyemigrujesz. Trzeba pamiętać, że to działo się czternaście lat po „bratniej pomocy” udzielonej Czechosłowacji. Siedem lat po klęsce Marines i Rangers w Wietnamie i kilka lat przed Czarnobylem i pierestrojką. Na kremlowskim tronie siedział Breżniew, co jakiś czas rewitalizowany do poziomu niewielkich ruchów, zaprzeczających stanowi śmierci klinicznej. Myśleli za niego, Andropow i marszały. Na Europie leżały cienie Pershingów i SS-20. Jeszcze glinianych nóg kolosa nie było widać. Więc wielu ludzi spakowało się i wyjechało na zawsze z Polski. Z Ojczyzny. Wysoki komisarz ONZ gwarantował im rozpoczęcie nowego życia w kraju, jaki sobie wybiorą. Paszport zezwalający na, jedynie, wyjazd z PRL, wystarczał do uzyskania praw azylowych. Kiedy pozbyto się soli „Solidarności”(oczywiście towarzyszom TW SB to nie groziło), WRON-a powieliła pomysł towarzysza Castro. Nie Donalda oczywiście. Fidela. Takie same paszporty zaoferowała „kiblującym” recydywistom. Tym, co na pewno nie rokowali nadziei na resocjalizację i tym z długimi wyrokami. Konkretnie, jaki był klucz odbiorców tej oferty, nie wiem. Dość, że do końca lat osiemdziesiątych, sporą część uchodźców z Polski, w obozach azylantów, stanowili złodzieje i bandyci. Zaopatrzeni w dokumenty o pobycie w więzieniu, wcielali się w patriotów represjonowanych i zmuszonych do emigracji. WRON-ie paszporty to potwierdzały. Oni nie mieli, w większości, zamiaru wyjeżdżania dalej. Robili to, co w Polsce, tyle, że w poczuciu większej bezkarności. Wszystkie mniejsze występki i kradzieże, rzeczywiście były bezkarne. Statut uchodźcy oczekującego przyznania azylu, nie pozwalał ich deportować, bo i dokąd? Kary finansowe były nie do wyegzekwowania, bo oficjalnie byli bez feniga. Zamiana obozu na areszt, tylko obciążała niemieckiego podatnika, kosztami zajmowania się osobą finansowaną przez ONZ. Więc ci „uchodźcy” poszli w Niemcy. Wystarczyło, że z 100 osobowej grupy Polaków w takim obozie, kilku zaczęło kraść. Kilku zostało na gorącym uczynku złapanych. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów od obozu, w każdym sklepie, uważnie już patrzono na nieznanego klienta. Gdy ten zdradził się mową, że jest obcokrajowcem, podejrzewając w nim Polaka, już nie spuszczano z niego wzroku. Gdy sklep był większy, bezceremonialnie ochroniarz nie odstępował go na krok. Czasami wręcz wypraszano klienta ze sklepu. Nikogo nie obchodziło, czy to ten zły, czy pokrzywdzony przez Jaruzelskiego. Ci drudzy cierpieli. Ci pierwsi organizowali się z czasem. Wchodzili w kontakty, np. z azylantami afrykańskimi trzymającymi „sklepiki” z narkotykami, czy gangami złodziei samochodowych. Już ich specjalnie, uzyskanie azylu nie obchodziło. Przez wszystkie te lata, szeroko o tych sprawach pisała lokalna prasa. Ta, której wierzy się najbardziej. Ta „nasza”. W każdej gminie, powiecie, landzie. Mieszkańcy jej uwierzyli. Dlatego dziś, nawet najbardziej korzystne dla Polaków, dane statystyczne niemieckich urzędów państwowych, nie zmienią jeszcze przez długie lata odruchu Frau Wagner, łapania za torbę, gdy usłyszy język polski w jej Bäckerei, gdzie codziennie rano kupuje swoje dwie bułki. Mimo że WRON-y od 25 lat już nie ma, to jeszcze dziś słychać jej chichot.
sobota, 13 grudnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz