piątek, 28 listopada 2008
Co ma Hollstein do Chochlewa
Kolejny raz w obcym języku, nazwano hitlerowski obóz koncentracyjny -polskim. Konkretnie po niemiecku. Od kilku, może kilkunastu lat trwa „denazyfikacja” historii Niemiec. Działania potężnego lobby niemieckiego w Ameryce i Europie zachodniej, ogłupiają czytelników amerykańskich i kanadyjskich, także włoskich czy szwedzkich gazet, obdarzając ich w artykułach kłamstwem, o współwinie Polaków w niemieckich zbrodniach pierwszej połowy XX w. Dla ujęcia choćby trochę ciężaru tych zbrodni z niemieckich barków, stworzono nad Renem dwutorowy plan redefinicji tych dziejów. Po pierwsze, wszystkimi zbrodniami należy się dzielić z innymi. Z nieNiemcami. Stąd mocny przekaz medialny z imprez organizowanych przez estońskich, łotewskich, litewskich czy ukraińskich SS-manów, czy współpracujących z nimi mołojcami OUN-UPA. Na takich imprezach, wspólnie maszerują weterani II Wojny Światowej z obu stron tamtego frontu. Toż to cud. Dokonuje się jednak jedynie tam, gdzie wpływy niemieckie w mediach są nie do przecenienia. Jak nie bezpośrednio, to poprzez anonimowe koncerny medialne. Na wschód od Odry, jedynie Polakom nie da się dokleić hakenkreuza do historii. Z obu jej stron. Nie tylko walki z nim ale i współpracy. Tej ostatniej nie było. Więc ustalono, że dziennikarze będą się mylić w opisach np. obozów koncentracyjnych na terenie okupowanej Polski. Poszły w świat instrukcje (bo wtedy jeszcze nie było SMS-ów). Co i rusz dziennikarze różnych gazet, bez względu na ich profil polityczny, pisali o polskich narzędziach nazistowskich zbrodni. Głównie dwóch. Obozach koncentracyjnych i zagłady, oraz Polakach, dzięki którym hitlerowcy mogli dokonywać zagłady Żydów. Denuncjatorach i szmalcownikach. Przez lata, Polska wciąż prostowała i protestowała przeciwko używaniu nazwy „polski obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka”. Dopiero w 2007 roku UNESCO zmieniło i sprecyzowało jego oficjalną nazwę- "Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady (1940-1945)". Wydawało się, że oszczerstwa w prasie znikną. Nie stało się tak. Z prostej przyczyny. III Rzeczpospolita, z jej ministrami i wiceministrami Spraw Zagranicznych, nigdy nie usiłowała pociągnąć do odpowiedzialności, wydawców tych gazet. Odpowiedzialności finansowej. Bo możliwości finansowe kreatorów tej polityki denazyfikacyjnej Niemiec, też są ograniczone. Ogromne, ale ograniczone. Warto pamiętać tych ministrów, gdy po latach czyta się ich listy otwarte, pouczające, jak należy naszą politykę zagraniczną prowadzić. W końcu (najczęściej) gaże, otrzymuje się za efekty swojej pracy. Czasami są to tantiemy. W efekcie pani Miriam Hollstein kilka dni temu publikuje tekst, w którym przemyca fałsz o Majdanku. Tym razem wygląda na to, że popełniono w redakcji błąd. Dziennik drukując artykuł i „wieszając” go na swej stronie internetowej, mocno zaszkodził dzisiejszej, niemieckiej racji stanu. Jakby mu polscy eurosceptycy zapłacili. Niemałe pieniądze. Byka strzeliła autorka, korektor, wreszcie wydawca. Tekst jest zupełnie o czymś innym i jego związek z lubelskim obozem minimalny. Ten fakt mówi również o tym, że instrukcja pisania o „polskich obozach”, zaleca wstawianie tych wyrazów wszędzie. Nawet tam, gdzie nie ma żadnego związku z tematem. Lecz nie dziś. Dziś instrukcja jest zawieszona, aż do przyjęcia Traktatu Lizbońskiego przez Polskę. Stąd reakcja, jakże inna od poprzednich, redakcji. Naczelny „Die Welt” kaja się. Autorka przeprasza za swoją niewiedzę. Gazeta w sieci prostuje, przeprasza i obiecuje. Niektóre komentarze w reakcjach na artykuł, zwracają uwagę na pochodzenie autorki. Jako Żydówka powinna zachować więcej obiektywizmu i nie brać udziału w tej niemieckiej, propagandowej hucpie z nazwami-uważają autorzy. Jest to błędne myślenie. Miriam Hollstein to Niemka pochodzenia żydowskiego, urodzona grubo po wojnie. Jak zauważa wielu polityków i publicystów niemieckich, dla młodego pokolenia Niemców, historia Trzeciej Rzeszy jest już tak odległa jak wyprawy krzyżowe. Krzywdy, jakich doznał jej naród w latach 1933-1945, znaczą dla niej dużo mniej niż dla pokolenia jej dziadków i rodziców. Na tyle mniej, by czuć obowiązek działania w interesie jej ojczyzny. Jednej z dwóch. Nawet w nieuczciwej sprawie. Nie tylko tu, te związki są tak mocne. Drugim torem redefiniowania historii Niemiec jest zmiana wizerunku społeczeństwa nazistowskiej, tysiącletniej III Rzeszy. Powstają publikacje, z których później tworzy się scenariusze i kręci filmy o hitlerowcach ratujących Żydów, ruch oporu w Trzeciej Rzeszy i rycerskich jej żołnierzach. Do tego tworzy się filmy uczłowieczające zbrodniarzy, włącznie z Hitlerem, ale nie tylko. Pomniejszające ich zbrodnie przez ośmieszanie sprawcy. Jeszcze groźniejsze są działania realizowane za granicą. Pojawiają się filmy, wsparte ogromną promocją we wszystkich mediach na całym świecie, tworzone przez wielkich reżyserów Żydów. Narodowość ich jest konieczna dla wywarcia wrażenia, że Żydzi już nie mają pretensji do Niemców, a jeśli mają, to nie tylko do nich. Jeszcze bardziej szokujące są projekty artystyczne realizowane, np. w Rosji („Hitler kaput”), niestety w Polsce też. Kręcenie filmu o Westerplatte za pieniądze również niemieckie, obiecuje już dziś dużą dawkę wściekłości polskiego kinomana. Bo on też finansuje film o „prawdzie września 1939 na polskim wybrzeżu”. Z pieniędzy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Gołym okiem po scenariuszu widać, że jego dystrybucja będzie skierowana za Atlantyk i na zachód od Odry. Ma dać oręż do ręki tym, co wiedzą, że za Odrą biegają białe niedźwiedzie a tubylcy piją i wciąż wywołują szkodliwe dla świata awantury. Siłę tego niemieckiego lobby pokazuje fakt, że od filmu realizowanego przez Chochlewa, nawet rząd Platformy początkowo się odciął. Siły mu starczyło na krótki czas. Po kilku korektach w scenariuszu, film wszedł do produkcji. Co w nim pokaże reżyser, w ramach inwencji twórczej na planie? Bójmy się. Potem usłyszymy argumenty. O co chodzi? Przecież to wasz obraz. Waszego reżysera i za wasze pieniądze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz